Data: 20.10.2019 Imieniny: Ireny, Kleopatry, Witalisa
Wakacyjna przygoda stu stażystów z ZS im. Wincentego Witosa
opublikowano: 2013-10-23 11:00:00

Cztery tygodnie stażu w prestiżowych hotelach i restauracjach w całym kraju, nauka pod okiem doświadczonych pracodawców, a po wakacjach 1500 zł dla każdego ze 100 stażystów, uczniów techników zawodowych - tak w wielkim skrócie można scharakteryzować efekty projektu unijnego o wartości 1,5 mln zł, realizowanego w Zespole Szkół im. Wincentego Witosa w Janowie Lubelskim.

Zanim wyjechali, szkoła podpisała stosowne umowy z pracodawcami (gwarantujące uczniom bezpłatny pobyt w ośrodkach), wyposażyła w strój roboczy, a na koniec poprosiła o zachowanie biletów podróży, bo koszty transportu też były refundowane. Cztery tygodnie wakacyjnego stażu minęły bardzo szybko. Wiedza zawodowa (zdobyta w dobrych restauracjach czy czterogwiazdkowych hotelach typu Sheraton, Copernicus czy Jasek), poparta certyfikatami, oraz umiejętność pracy w zespole zwiększyły szanse młodzieży na zdobycie dobrej pracy, a Kraków, Zakopane, Sopot, Wrocław, Rzeszów czy Lublin nadal budzą emocje i zachęcają do nauki na studiach wyższych.

O pracy, nauce i wrażeniach z odbytego stażu opowiedzieli Panoramie sami uczniowie: z Technikum Usług Gastronomicznych: Mateusz Sokół z Malinia, Iwona Biernat z Chrzanowa IV i Agnieszka Woźnica z Otrocza (wszyscy z gminy Chrzanów), Luiza Hołody z Piłatki (w gminie Godziszów) i Paweł Szpyra z Wierzchowisk (w gminie Modliborzyce) oraz Sebastian Mińko z Janowa, który staż odbył w arboretum Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Rogowie (koło Łodzi).

 Mateusz Sokół pracował w Sheratonie w Krakowie, gdzie za pokój na noc trzeba zapłacić ponad 400 zł. - Pierwsze dni były dosyć trudne, ale potem żal było wyjeżdżać. Pracowałem jako pomoc kucharza, nauczyłem się sporo, ale ze względu na dostępność składników, nie mogę tego wypróbować w domu - żartuje. - Kuchnia różnorodna (w większości śródziemnomorska), dania wykwintne, choć były i polskie specjały. Klientela to najczęściej obcokrajowcy, rzadko kiedy Polacy (kiedyś była Magda Gessler). Kucharzenie to ciekawe zajęcie, można improwizować, wprowadzać nowe techniki, popisowe dania, mówi się nawet o gastronomicznych trendach - tłumaczy Mateusz. Jego zdaniem, „Dobry kucharz to taki, który ma wykształcenie, doskonałe wyczucie smaku i zmysł estetyczny. Ważne jest też zdyscyplinowanie, praca w zespole, nieraz pod presją czasu”. Okazuje się, że kucharz nie może się obżerać (on ma smakować) oraz nie może nosić żadnej biżuterii (najwyżej obrączkę na palcu). Zdaniem Mateusza, „Kucharz to typowo męskie zajęcie - na około 40 kucharzy, było 4 kobiety”. - Podoba mi się ta praca i chciałbym pracować w tym zawodzie, ale wcześniej muszę skończyć studia w tym kierunku, może w Krakowie - planuje Mateusz.

Luiza Hołody pracowała w Sheratonie w Sopocie. - Na początku trochę się stresowałam, ale potem było super. Miła obsługa, życzliwi ludzie, kucharze, prezentujący swoje umiejętności na oczach gości, a hotel ekskluzywny i dosyć kosztowny. Polaków było niewielu, w większości obcokrajowcy, a więc i angielski, z którym radziłam sobie dosyć dobrze. Było 8 godzin pracy, a potem czas wolny na zwiedzanie. W przyszłości nie chciałabym kucharzyć. Marzy mi się własna restauracja, z początku może być trudno, ale wierzę, że mi się uda, a to doświadczenie na pewno mi się w życiu przyda. Chętnie pojechałabym tam jeszcze raz.

Agnieszka Woźnica pracowała w 4-gwiazdkowym Grand Hotelu Lublinianka. - Hotel luksusowy, a przyjęli nas tam z otwartymi rękami. W pierwszym tygodniu pracowałam jako kelnerka. Razem ze mną pracowali koledzy ze szkół z innych części Polski. Oni - podobnie, jak my, trafili do hotelu w ramach realizowanego przez szkołę projektu unijnego. Lubiłam tę pracę. Często przygotowywałam bufet szwedzki, uczyłam się, jak nakrywać stół do obiadu czy kolacji, no i dostałam pierwszy w życiu napiwek (5 zł), którym podzieliłam się z 2 koleżankami. Starsi koledzy mi pogratulowali, ale oni to dopiero dostawali napiwki! Pracowałam też na kuchni, tam uczyłam się przyrządzania potraw, nieraz była to zupa z owoców morza, a nieraz steki. Większość gości stanowili Rosjanie, Niemcy i Anglicy, oczywiście, rozmowa po angielsku, słownika nie miałam, ale sobie radziłam. Jako kelnerka, niczego nie zbiłam i nikogo nie oblałam - to już jest sukces! - śmieje się Agnieszka. W przyszłości chce studiować dietetykę, może zarządzanie, noi stawia na angielski. - Zawodowi kelnerzy uświadomili mi, jak ważna w tej pracy jest znajomość angielskiego i dlatego muszę się więcej uczyć - deklaruje Agnieszka. Dodaje, że kelnerkę obowiązuje odpowiedni strój. - Biała, gładka koszula, spódnica w kolana, rajstopy i pełne buty oraz zero makijażu i biżuterii.

Iwona Biernat wróciła z Wrocławia. Pracowała w hotelu „Jasek”. Przez 2 tygodnie była kelnerką, a przez 2 pracowała w kuchni. Zwraca uwagę na bezpieczeństwo, niesamowitą życzliwość przełożonych i chęć dzielenia się swoimi umiejętnościami z młodszymi. W hotelu pracowała z 3 koleżankami ze szkoły, poznała wielu ciekawych ludzi i posmakowała obcej kuchni. - W pracy dużo się nauczyłam. Wiem, jak przygotować wesele na 200 osób, jak ubrać salę, jakie menu zaproponować. Gdybym miała porównywać, to powiedziałabym, że u nas wesela są lepsze, jedzenie smaczniejsze, a ludzie weselsi. Na koniec dodam, że dzięki tym praktykom stałam się bardziej samodzielna i pewna siebie - chciałabym, żeby było tak co roku - mówi z przekonaniem.

            Paweł Szpyra wrócił z Zakopanego. Pracował jako kelner i kucharz w restauracji „Gazdowa Kuźnia” na Krupówkach. - Serwowano dania regionalne, acz nie wszystkie - nasz rosół podawano tam jako „wywar z sąsiadowej kury”. Na dzień dobry poczęstowano mnie kwaśnicą. Spodziewałem się czegoś innego, a... dostałem nasz kapuśniak, tylko bardziej kwaśny - żartuje. Pracowali na zmianę, warunki lokalowe były dobre, po pracy zwiedzali miasto. Chodzili po górach, a pieniądze mieli na własne wydatki. - Niewiele wydawaliśmy pieniędzy, bo jedzenie i nocleg mieliśmy za darmo (przez to rodzice trochę przyoszczędzili) - śmieje się Paweł, dodając, że pensję stażową (1500 zł) otrzymali po powrocie do domu. - Klientela... w większości Polacy, ale goście zagraniczni też bywali (Niemcy, Francuzi, Anglicy, Chińczycy i Japończycy), z tym, że z napiwkami było marnie. Byli też i Cyganie, ale ci przychodzili, żeby coś „wysępić”. Z językiem nie było trudności, zwłaszcza, że karty dań są po angielsku, polsku i węgiersku. Jak tam byłem, to się dowiedziałem, jaka jest różnica miedzy góralem a zakopiańczykiem. Góral to osoba z dziada pradziada, a zakopiańczyk jest „flancowany”, mieszka od niedawna i z góralem ma niewiele wspólnego. Górale to ludzie o olbrzymim poczuciu humoru, słowa lubią w żarty obracać, no ale w końcu ludzie przyjeżdżają w góry, żeby sobie pożartować i odpocząć, a nie brać wszystko na poważnie. Pracowaliśmy z góralami i góralkami. Góral jak góral..., filcowy kapelusz, szeroki pas i obcisłe „portki”, ale góralka... te jej warkocze, czerwone korale, gorset i spódnica..., wyglądały, jak malowane. Tak też ubierają się do pracy - wspomina Paweł. - Ja po „moim” technikum mogę być kucharzem, kelnerem i organizatorem imprez, a mogę też założyć własny biznes. Ważne, że mam zawód i że mogę mieć dobrą pracę, a studiować też mogę - kontynuuje. - ... Ja, wybierając szkołę, postawiłem na żywioł i nie żałuję. Jak by mi przyszło jeszcze raz wybierać, zrobiłbym to samo, bo to fajna szkoła, a jak przyjdą kolejne wakacje to do Zakopanego też pojadę (tym razem prywatnie), bo się zżyłem z kolegami. Dobrze by było, by w następnym roku były te staże, co prawda, ja już nie skorzystam, ale może skorzystają młodsi. To była przygoda życia, koledzy trochę zazdroszczą, a nauczyciele słuchają z uwagą i pewnie żałują, że ich tam nie było - śmieje się Paweł. - Te staże to były darmowe super wakacje - fakt, trzeba było pracować, ale nie pracowaliśmy ponad siły, a praca dawała nam przyjemność. Co prawda, nie było telewizora, komputera czy Internetu - była praca, a mimo tego, jak wróciłem do domu, to mi brakowało i ludzi, i pracy - dopowiada .

             Sebastian Mińko wrócił ze stażu w arboretum w Rogowie. - Arboretum to rodzaj parku leśnego, w którym prowadzi się badania drzew i krzewów, a w tym w Rogowie znajdują się jedne z najciekawszych i najbogatszych kolekcji drzew i krzewów Europy Środkowo - Wschodniej - tłumaczy na wstępie. - Widziałem wiele egzotycznych drzew i krzewów. Nasza praca polegała na dbaniu o drzewostan, wycinaniu niepotrzebnych gałęzi, oczyszczaniu drzewek z trawy i chwastów. Pracowaliśmy też na szkółce przy czyszczeniu borówki amerykańskiej. Reguły gry były jasne. Pobudka z rana, 8 godzin pracy, a po 15 czas wolny. Dostęp do Internetu był, ale my o tym nie wiedzieliśmy, więc żeby się nie nudzić to wieczorami schodziliśmy się w dziesiątkę do „pokoju gościnnego”. Niestety, towarzystwo było męskie, więc zaczęliśmy się rozglądać za dziewczynami, a kiedy się już „rozejrzeliśmy”, to... trzeba było wracać - żartuje Sebastian. - Szefowie byli w porządku, nawet nas pochwalili i powiedzieli, że chcieliby przedłużyć współpracę z naszą szkołą, bo my nie migaliśmy się od pracy fizycznej. Nieraz dostaliśmy siekierę w rękę i... do lasu, a tam... ciężka praca - mogliśmy się wyżyć. Ja chciałbym pracować w zawodzie leśnika, a po maturze chcę studiować na SGGW leśnictwo. Czy były zabawne sytuacje... raczej nie, no bo skąd, jak dziewczyn nie było, ani lokalu. - Owszem, był taki jeden bar, ale... nim weszliśmy, to wyszliśmy (klimat starszych ludzi, grających w karty). Zwyczajnie nie było gdzie pójść...

- ... a do lasu... - podpowiadają ze śmiechem koledzy.

            - To wy tak... Nie powiem, że mieliście lekko! Nie kwestionuję tego, ale żadne z was nie ma uczulenia na trzcinnik - trawę, z którą miałem kontakt - przekomarza się Sebastian, wywołując salwy śmiechu w pokoju. 

            Na koniec, wszyscy stwierdzają z przekonaniem, że ich wakacyjna „przygoda” to zasługa dobrych nauczycieli w dobrej szkole, którą wybrali przed laty. - Nieważne, że szkoła nie jest największa - ważne, że dzięki takim projektom, a właściwie stażom, chce nam się uczyć i że będziemy mieć dobry zawód, a potem... dobrą pracę. I to jest to! - podsumowuje Paweł.

            Na koniec, w kwestii przyszłorocznych staży wypowiada się Kinga Jargiło - nauczyciel szkoły. - Nauka w technikum jest dla ucznia sporym obciążeniem. Zajęcia trwają nieraz od godz. 8 do 17, ponieważ młodzież musi się uczyć i przedmiotów ogólnokształcących i przedmiotów zawodowych, a to wszystko wymaga czasu i pracy. Dobrze się stało, że w nagrodę za ich trud mogli pracować, a jednocześnie odpoczywać w tego typu miejscach. To dla nas, nauczycieli - wnioskodawców funduszy unijnych jest bardzo ważne i dlatego też, w następnym roku - jeśli wszystko pójdzie dobrze, postaramy się aplikować o kolejne pieniądze na kolejne staże, bo - patrząc na młodzież, a właściwie na ich zadowolenie - naprawdę warto.

Rozmawiała: Alina Boś;

tekst autoryzowany;

foto: archiwum szkoły














   
powrót

Kontakt

Starostwo Powiatowe w Janowie Lubelskim

ul. Zamoyskiego 59
23-300 Janów Lubelski

tel. 015 8720 309
tel. 015 8725 450
fax. 015 8720 559

Godziny pracy:

Pn, Śr, Cz:      7:30 - 15:30
Wt:                   7:30 - 16:00
Pt:                    7:30 - 15:00
So, N:            nieczynne

NIP: 862-15-25-217
Więcej...

E-pocztówki

Zobacz galerie z: SLIDESHOW - E-Pocztowka

polecane wydarzenia

Statystyki

Unikalne wizyty:

Wszystkie wizyty:

Użytkownicy online:

Gminy powiatu janowskiego